17.11.2013

This day, and never again...
Yuumei (幽冥)03:00 9 komentarze



Niebo rozstąpiło się, by ustąpić miejsca piekłu. Oniemiali patrzyliśmy, jak żarzące się na tle chmurnego nieba kule ognia, trawią kolejne zabudowania wioski. Jako pierwsza ocknęłaś się z odrętwienia bezsilności, klnąc siarczyście pod nosem i zaciskając pięści tak, że Iri obejrzał się na Ciebie ze zdumieniem. 
- Masz to, czego chciałeś... Zadowolony?!

Syknęłaś w stronę blondyna, a srebrny błysk Twoich oczu przybrał dziki, zwierzęcy wyraz. Z pełną złości energią rzuciłaś trzymane w rękach papiery na stół. Ułamek mocy Twojej czakry, który w zburzeniu wymknął się spod Twojej kontroli, przewrócił stojący na blacie kubek, a czarny płyn rozlał się po dokumentach, rozmazując tusz. Ruszyłaś do wyjścia...
- Gdzie lecisz, Yuumei?
Ton mojego głosu zatrzymał Cię wpół kroku na progu drzwi. Spojrzałaś przez ramię, prosto w moje oczy. Po raz pierwszy od długiego już czasu.
- Postawić barierę? Jak widać, na tych głupkach nie można polegać... 
Odpowiedziałaś ironicznie. 
- To na nic.
Słowa Iri'ego tylko spotęgowały Twoją złość. Złapałaś za rękojeść przytroczonej do paska katany, próbując opanować drżenie rąk. Przełknęłaś ślinę.
- Udam, że tego nie słyszałam. 
Starałaś się powiedzieć to spokojnie, ale i tak zabrzmiało to jak warczenie rozwścieczonego wilka. Okręciłaś się na pięcie.
- Pójdę z Tobą. 
Oznajmiłem, chociaż dobrze wiedziałem, jaka będzie Twoja reakcja. 
- Poradzę sobie sama. Zajmij się lepiej organizacją posiłków, Himura-san.  
Rzuciłaś, zakładając fioletowy kosmyk za ucho. Iri pokręcił z dezaprobatą głową, a ja zdążyłem tylko mrugnąć okiem i już Cię nie było. 

***

Mój przeciwnik padł na ziemię, zalewając się krwią. Przez szum walki ledwie słyszałem, jak charczy, zanim jego ciało stało się zupełnie puste i bezwładne. Dopiero gdy wytarłem rękawem zalane mieszaniną krwi i potu oczy, mogłem zorientować się, co działo się wokół. Metaliczny, słodko-słony zapach unosił się nad pokłosiem trupów i wypalonymi do cna drzewami. Błyskawice co jakiś czas rozdzierały niebo i ziemię, zagłuszając szczęk mieczy i głuche dudnienie milionów, walczących o przetrwanie serc. Yoshiro nadział właśnie na pal jakiegoś osiłka, a seiyowa Mi-chan wyszarpała swoją katanę z ciała kobiety i wytarła ją z krwi o skrawek jej sukni. Przeczesywałem wzrokiem cale pole bitwy, ale nigdzie nie mogłem Cię dostrzec.  Przeklinałem fakt, że tak świetnie potrafisz maskować swoją aurę, że nie byłem w stanie wyczuć nawet nikłego jej cienia, by upewnić się, że wciąż tam jesteś. 
- Wydaje się, że mają coś, co potęguje ich moce.
Iri klepnął mnie w ramię, a gdy się obróciłem, w oczy rzuciły mi się obficie krwawiące ślady cieć na skórze jego przedramienia.  
- Drakeris? 
Rzuciłem, a widząc jego pytające spojrzenie, dodałem:
- Smoczy Kryształ. Jeżeli naprawdę go mają,  mamy marne szanse. 
- Nie wiem, co to za cholerstwo, ale trzeba to zniszczyć!
Stęknął blondyn, opierając się o swój miecz. 
- Ja to zrobię. 
Z ukrytym głęboko uśmiechem radości obserwowałem, jak bezgłośnie opadasz na ziemię, pojawiając się dosłownie z niknąd. 
- Yuumei, co Ty tutaj robisz?! Kazałem Ci zaopatrywać rannych w punkcie medycznym!
Niesubordynacja wzburzyła blondyna na tyle, że szarpnął się w Twoim kierunku, ale zaraz zwalił się z nóg pod swoim ciężarem, jęcząc z bólu. 
- Shin i Thea wszystkiego pilnują. Nie byłam tam potrzebna. 
Odgarnęłaś lepkie od brudu włosy i ukucnęłaś obok srebrnowłosego.
- To nie jest czas na zajmowanie się mną!- Zaprotestował, gdy wyciągnęłaś rękę w jego stronę.- Trzeba znaleźć i zniszczyć ten przeklęty kryształ. Inaczej zrównają nas z ziemią!
- Już mówiłam, że się tym zajmę! Nie ruszaj się. Muszę zakleić dziurę w brzuchu, o której chyba... zapomniałeś.
Przygwoździłaś go do czarnej od pyłu trawy, przykładając ręce do miejsca na ubraniu, naznaczonego przez brunatnoczerwoną plamę. Krzyknął przeraźliwie, gdy niebieska łuna otoczyła Twoje dłonie, a ja padłem na kolana obok, żeby go przytrzymać. Szarpał się przez chwilę, krztusząc się i jęcząc, aż w końcu stracił przytomność.
- Smoczy Kryształ ma potężną moc. 
Odezwałem się po dłuższej chwili, patrząc na Twoją skupioną twarz.
- Wiem.
- Trudno będzie go znaleźć, a jeszcze trudniej zniszczyć.
- Wiem...
- Ten kryształ potrafi zmieniać swoją strukturę i...
- Rozumiem, Taiki-kun. 
Rzuciłaś mi pełne wyrzutu spojrzenie.
- Pójdę z Tobą.
- Poradzę sobie! Czy wy wszyscy macie mnie za jakiegoś... młotka?!
Skrzywiłaś się, odrywając dłonie od zabliźnionej już rany i stanęłaś nad pogrążonym w błogim śnie Irim. 
- Naprawdę, czasami tak się właśnie zachowujesz...
- Słucham?! 
Założyłaś ręce na piersi, patrząc na mnie ze złością. 
- Czasami zachowujesz się jak tępy ale uparty MŁOTEK, któremu nie da się nic wytłumaczyć!
- Och, wybacz, że brudzę swoim jestestwem ziemię pod twoimi stopami, Panie Genialny!
Sarknęłaś, okręcając się na pięcie tak energicznie, że poły Twojej szaty zatrzepotały mi przed nosem. W ostatnim momencie złapałem Cię za rękę i mógłbym przysiąc, że na Twoich bladych policzkach dostrzegłem po tym lekkie rumieńce. 
- Puszczaj! 
- Nie.
- Puszczaj, słyszysz?!
Zamiast spełnić Twoje polecenie, odważyłem się na rzecz zupełnie przeciwną- przyciągnąłem Cię do siebie i mocno przytuliłem. Zadrżałaś.
- To Ty mnie posłuchaj, Młotku! Chcę... Chcę ci jeszcze powiedzieć i pokazać wiele rzeczy, dlatego... Dlatego...
Twoje dłonie zacisnęły się na mojej koszulce. Nie odezwałaś się, ale też nie odepchnęłaś mnie od siebie. Gdy tak staliśmy blisko siebie, miałem wrażenie, że czas się zatrzymał. W końcu odsunęłaś się ode mnie powoli, uniosłaś głowę i spojrzałaś w oczy, a w Twoich tęczówkach odbijały się buchające wokół płomienie. Uśmiechnęłaś się.
- Dlatego ja muszę znaleźć Drakeris i go zniszczyć, a ty musisz przypilnować porządku na polu bitwy, Panie Genialny. 
Wspięłaś się na palce i cmoknęłaś w usta, a potem wyplątałaś z moich ramion i założyłaś kaptur na głowę. Ruszyłaś do przodu, nie czekając na moją odpowiedź, ale po kilkunastu metrach obróciłaś się i pomachałaś mi na pożegnanie.
- Yuumei, obiecaj mi, że zniszczysz kryształ i wrócisz cała i zdrowa!!!
Ocknąłem się, gdy wzbiłaś się w powietrze i byłaś już dobrych kilka stóp nad ziemią.
- No wiesz?!?! Godzisz w mój honor, naprawdę!- Zaśmiałaś się.- Do zobaczenia, Panie Genialny!
Wystrzeliłaś przed siebie jak strzała i po chwili Twoja sylwetka rozpłynęła się w gęstwinie chmur. Słońce powoli chowało się za horyzontem. 

***
Cisza panująca w obozie była przerażająco głucha. Śmierć zbierała swoje żniwo, rozpełzając się wśród żywych jak szarańcza. Z dnia na dzień, nastroje były coraz cięższe, a atmosfera- ołowiana. Zdawało się, że nadzieja umarła razem z połową wojska, którą już straciliśmy i mogło być tylko gorzej. Wracałem z odprawy, lawirując między porozkładanymi na noszach rannymi, z dziwnym uczuciem niepokoju. Od kilku tygodni centrala nie miała z Tobą żadnego kontaktu. Iri przeklinał Cię w imię wszystkich bogów przy każdej możliwej okazji tak, że zacząłem wściekać się na samego siebie, że pozwoliłem Ci ruszyć samej. Teraz już nie wiedziałbym nawet, gdzie Cię szukać, tym bardziej, przy Twojej przeklętej umiejętności ukrywania aury. Wyszedłem przed namiot, gdzie przy płonącym ognisku na trawie siedzieli pozostali członkowie anbu. Zbici w większe lub mniejsze grupki, dyskutowali na różne tematy, popijając z parujących kubków. Gdzieś w tłumie mignęła mi burza różowych loków, należąca Twojej siostry, więc ruszyłem w jej stronę, ignorując wołania mijanych ludzi. Akatsuki siedziała razem z Yoshiro i Seiyą oraz Shinem i Theą, ogrzewając się przy niewielkim płomieniu podsycanym przez bursztynowłosą. Gdy zatrzymałem się przy nich, jedynie Mi-chan wciąż nadawała o jakimś fascynującym zjawisku, najwyraźniej mnie nie zauważając. 
- Konoe-san... 
Zacząłem, lecz szybko zdałem sobie sprawę, że odpowiedź na pytanie, które chciałem zadać, jest raczej oczywista. 
- Taiki-kun! Jak się masz? Usiądź z nami.
Różowowłosa uśmiechnęła się zachęcająco.
- Nie, dzięki. Chciałem tylko zapytać, czy... 
Zawahałem się. Poczułem na sobie pełen wyrzutu wzrok Kogamiego.
- Niestety, nie mamy żadnych wieści od Yuu, jeśli o to właśnie chodzi. 
Pokręciła smutno głową. 
- Rozumiem. Daj znać, gdyby coś się zmieniło. 
Oddaliłem się od obozowiska i opadłem na wilgotną od rosy trawę pod samotnym drzewem. Założyłem ręce za głowę i spojrzałem w górę na czarne, nocne niebo. Wszystkie gwiazdy schowały się za ciemną zasłoną mroku. 
„Mam nadzieję, że tam jesteś.- Pomyślałem.- Mam nadzieję, że wciąż tam jesteś.”

***

Kolejny dzień, kolejna noc, kolejna bitwa. Strumienie krwi, stępione ostrza, jęki bólu, krzyki rozpaczy. Czas stał się dla mnie jednostajnie płynącym wodospadem niefortunnych zdarzeń. Byłem zmęczony, coraz bardziej, a tymczasem wszechobecna rzeź zdawała się nie mieć końca. Mój patrol skończył się wraz z pierwszymi promieniami słońca, które wyszły zza horyzontu. Zdałem raport zmiennikowi, by wrócić do obozu i pogrążyć się choć na chwilę w płytkim, przerywanym każdym szmerem śnie. Wchodziłem właśnie do budynku głównodowodzących, gdy wpadła na mnie zalana łzami Akatsuki. Przytrzymałem ją, chroniąc przed upadkiem, a ona spojrzała na mnie załzawionymi oczami i uciekła. Obejrzałem się, wyłapując w ostatnim momencie jej różową czuprynę, znikającą pomiędzy drzewami i dopiero wtedy dotarło do mnie, co mogło wywołać taką jej reakcję. Z bijącym mocno sercem wkroczyłem do części, gdzie zwykle odbywały się odprawy. Iri przysiadł na brzegu biurka, a na stoliku obok rozłożony był podarty i zakrwawiony mundur oraz brunatna od brudu i krwi katana Yuumei. 
- Taiki-kun, zdaje się, że Yuu... Że Yuu...
Odezwał się blondyn, ale jego słowa były odległe, jakby stał za niewidzialnym murem. Jak w transie, odkręciłem się i wyszedłem, a nogi same poniosły mnie przed siebie.

***

Spod wykrzywionej w dziwacznym uśmiechu maski błyszczały złowrogo utkwione we mnie, czerwone oczy. Terianin zataczał wokół mnie coraz węższe kręgi, czekając najwyraźniej na mój ruch. Po ostrzach mieczy, skierowanych w moją stronę, spływały pojedyncze krople deszczu. Ich srebrny, metaliczny blask przypominał ten, pojawiający się w Twoich oczach, gdy złość brała nad Tobą górę. Minęło sześć miesięcy, odkąd pożegnaliśmy się na tamtej polanie. Szala zwycięstwa powoli przesunęła się na naszą stronę, ale trudno było określić, czy to dzieło przypadku, czy Twoich działań. Nie dotrzymałaś obietnicy. A przynajmniej nie w pełni. Powinnaś przecież stać teraz obok i walczyć ze mną ramię w ramię, a tymczasem przeciwnik nacierał, a ja nie miałem już woli, by się bronić. Miecz ciążył w dłoni, tak że trudno było odpierać atak, a moc czakry ognia już dawno wygasła. Z lekkim odrętwieniem przyjąłem więc pierwszą ranę. Gorąca, lepka ciecz rozlała się, wsiąkając w skrawki rozciętego munduru, a szybko stłumiony ból oprzytomnił mnie nieco. Mężczyzna uśmiechnął się szyderczo i zagłębił ostrze po raz drugi. Wykorzystałem sytuację, że zadając cios odsłonił się, pewny zwycięstwa i szybkim ruchem powaliłem go na ziemię. Zacharczał, by ostatecznie wyzionąć ducha i to był ostatni obraz, który dostrzegłem zanim otoczyła mnie ciemność. Poczułem jeszcze, jak z impetem uderzam w piaszczyste podłoże, by ostatecznie zagłębić się w niebycie. 

***

Do strzępek mojej świadomości dotarł rozpełzający się po całym ciele, ostry ból. „Piekło?”- Przemknęło mi przez myśl. Poczułem pojedyncze, ciepłe krople, spływające mi po twarzy i usłyszałem swój własny jęk, który wyrwał się z moich ust, gdy próbowałem się poruszyć. Po kilku minutach ból zelżał, więc resztkami sił rozchyliłem powieki. Leżałem na trawie, a obok mnie klęczałaś Ty z twarzą ukrytą za pasmami długich, ciemnofioletowych włosów. Z Twoich półprzymkniętych oczu kapały bezwiednie pojedyncze łzy, a zaciśnięte w pięści dłonie wciskałaś w ziemię. Przesunąłem rękę i położyłem ją na Twojej, chcąc przekonać się, że to nie jest tylko wytwór mojej chorej wyobraźni.
- Yuu... mei.
Wydusiłem z trudem. Poruszyłaś się niespokojnie, a potem szybko otarłaś słone krople. 
- Jestem, Taiki, jestem.- Uśmiechnęłaś się lekko.- Oszczędzaj siły. Iri zaraz tu będzie. Przetransportujemy cię do szpitala. 
- Myślałem, że umarłaś...
- Ale żyję. Leż spokojnie.
Zdjęłaś swój płaszcz i okryłaś mnie szczelnie, a potem pocałowałaś czule i położyłaś moją głowę na swoich kolanach, żeby było mi wygodniej. Objęłaś mnie ramionami, a jedno z nich naznaczone było wielką szramą. Dotknąłem Twojego policzka. Był taki gładki i chłodny, lekko zaróżowiony. 
- Jestem taki zmęczony, Yuumei.
- Wiem, Taiki, wiem, ale na razie nie możesz zasnąć.  Leż spokojnie i oszczędzaj siły, ale nie zasypiaj. 
- Kiedy jestem tak bardzo zmęczony... Jestem tak bardzo zmę...
A więc to zakład pączku! :

20.10.2013

Nigdy nie mów nigdy. R. 3
Yuumei (幽冥)16:11 9 komentarze

Dziś krótko. Uśmiech, Chou. ;)

***
Thea przeciągnęła się, stając przed uchylonym oknem, przez które wpadało do środka rześkie, poranne powietrze. Naciągnęła szlafrok i skierowała się do kuchni, w której panowała nienaturalna, jak na sobotni poranek, cisza i spokój. Nalała gorącą kawę do dużego, czerwonego kubka i upiła spory łyk, delektując się jej gorzko-słodkim smakiem. Oparła się o blat i przymknęła powieki, nasłuchując, czy Akira już się obudził, ale do jej uszu dotarło tylko ciche tykanie zegara w salonie. Sprawdziła godzinę na wyświetlaczu komórki. Coś było nie tak. Zwykle jej młodszy brat kręciłby się dawno po mieszkaniu, przygotowując śniadanie, albo podskakiwał przed telewizorem, zabijając smoki w swojej ulubionej grze na PS3.
Zamyśliła się, próbując znaleźć przyczynę zmiany tego swoistego weekendowego porządku, gdy powietrze rozdarł szczęk przekręcanego klucza. Drgnęła i wychyliła się zaciekawiona, co było na tyle ważne, żeby wyciągnąć brata z łóżka tak wcześnie rano. Ubrany w sportowy strój Akira zrzucił buty, a potem położył siatki z zakupami na blacie i z rezygnacją opadł na krzesło:
A więc to zakład pączku! :

12.10.2013

Nigdy nie mów nigdy. R. 2
Yuumei (幽冥)11:37 1 komentarze

Klucz w zamku przekręcił się z cichym szczękiem, a drzwi uchyliły się, wpuszczając do ciemnego wnętrza smużki bladego światła. Znużona Yuumei wślizgnęła się do środka, stukając obcasami o drewnianą posadzkę. Zdjęła buty z obolałych stóp i z hukiem rzuciła w najdalszy możliwy kąt. W tym momencie marzyła tylko o gorącej kąpieli i długim śnie we własnym łóżku. W głowie wciąż szumiały jej głosy rozmów i kiepskiej muzyki, które drażniły ją przez cały wieczór. Nie siląc się na zapalenie lampy, ruszyła więc w stronę łazienki, ściągając znienawidzoną sukienkę, która podzieliła los butów. 
- Niezłe powitanie, Yuumei…Niski głos, który rozległ się z salonu, gdy snuła się, masując napięte mięśnie szyi, spowodował, że zamarła, a krew zaczęła pulsować w jej skroniach. Odwróciła się energicznie, gotowa się bronić, w momencie, gdy mała, stojąca na niewielkim stoliku lampka, zapłonęła żółtym światłem, odbijającym się w parze szarych, utkwionych w niej oczu. Na skórzanej, stojącej w centrum kanapie siedział wygodnie postawny brunet z butnym wyrazem twarzy.
A więc to zakład pączku! :

06.10.2013

Nigdy nie mów nigdy. R. 1
Yuumei (幽冥)18:52 4 komentarze

Jesień na dobre wzięła świat w posiadanie. Słońce maluje ostatnie liście na złoto i czerwień, a deszcz pachnie kasztanami i jarzębiną. W związku z tym, że to moja ulubiona pora roku, pełna nostalgii i melancholii, chcę Wam- i sobie- osłodzić wydłużające się z każdym dniem wieczory. Dziękuję Chou, że nigdy nie wątpiła w to, że kiedyś jeszcze coś napiszę. Przesyłam moc uśmiechów w te deszczowe dni. 

                                                                                                                                  Yuumei :)

****

To lato było dla mieszkańców Tokio nadzwyczaj surowe. Strugi deszczu lały się nieprzerwanie z nieba od dobrych kilku dni, zalewając ulice po brzegi. Przechodnie lawirowali po chodnikach z parasolami w rękach, których kolory trudno było ocenić przez ścianę wody, która bezlitośnie sunęła ku ziemi.
Akira westchnął i znudzony podparł głowę na dłoni, obserwując drobne krople spływające po szybie.
A więc to zakład pączku! :